• Wpisów:62
  • Średnio co: 37 dni
  • Ostatni wpis:5 lata temu, 12:23
  • Licznik odwiedzin:33 390 / 2392 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
A dziś z nieco innej beczki - tylko trochę o bieganiu, za to sporo o mojej drodze do schudnięcia

http://kobieta.gazeta.pl/kobieta/1,127066,12979292,_Na_zdjeciach_nie_potrafilam_sie_rozpoznac__Schudlam.html#BoxLSTxt
 

 
Czas na ostatnią recenzję butów. Tym razem Brooks Glycerin 9. To właśnie w nich przebiegłam maraton. Skoro wyszłam z tego, a także z wcześniejszych przygotowań, bez jakiejkolwiek kontuzji, można śmiało powiedzieć, że zdały egzamin. Tyle, że w mojej opinii na pewno nie zasłużyły na szóstkę.
Już samo ich kupowanie było znacznie innym procesem, niż w przypadku Adidasów. Udałam się do profesjonalnego sklepu biegowego Ergo. Zostałam obejrzana z każdej strony fachowym okiem, przebiegłam się na bieżni, przymierzyłam z dziesięć par i opowiedziałam o swoim biegowym życiu ile się dało. Ostatecznie na polu chwały zostały tylko Brooks Glycerin 9.
Pierwszy raz tyle wydałam na buty. Pierwszy raz miałam pewność, ze dobrali je fachowcy, specjalnie do moich potrzeb. Pierwszy raz było to obuwie typowo damskie – kwiatki, brokat, te sprawy.
Początkowo nic nie wskazywało, ze połączy nas przyjaźń. Pierwsze biegi w glicerynkach okazywały się mało przyjemne. Owszem, rozmiar był dobrze dobrany – nic nie cisnęło, nie uwierało i w ogóle było OK. Tyle, że te buty nie dopasowały się do stopy tak szybko jak Adidasy. Biegło się jakoś męcząco, nieprzyjemnie. Ten stan trwał na szczęście tylko jakieś 2-3 treningi, czyli koło 30 km. Potem wszystko się ułożyło i moja sympatia do Brooksów znacznie wzrosła.
Wzrosła tez prędkość. Nie czarujmy się jednak – to nie są startówki. Są jednak bardzo elastyczne i nieco twardsze niż Responsy. Ale jeśli ktoś szuka butów do poprawiania życiówek, to nie tędy droga. To są długodystansowcy. Glicerynkom było wszystko jedno jak daleko biegniemy. 15 km – OK, 32 – dobra nasza, 42,195 – proszę bardzo.
Jednak na tak długich dystansach buty powinny być niezauważalne. Chronić, amortyzować ale nie przypominać o sobie nawet na chwilę. Tu tego trochę zabrakło. Pomijam już nieszczęsną sznurówkę, która rozwiązała się mimo podwójnego supła, na trasie maratonu. W zasadzie niby dlaczego ją pomijać? To ważna sprawa. Adidas jakoś nigdy pod tym względem nie zawodził. Brooksy wkurzyły mnie nieco swoim totalnym brakiem przewiewności. One są po prostu ciepłe. Świetna wiadomość dla wybierających je na sezony jesień-zima-wiosna. Tyle, ze większość przygotowań i sam maraton odbywały się raczej w letniej aurze. I było gorąco.
Klejna sprawa to nieco tajemnicze zachowanie Brooksów na niektórych nawierzchniach – żwirowej i piaszczystej. Czułam się momentami jakbym biegała po jakiejś gęstej, kleistej substancji zasysającej każdy mój krok. Teoretycznie takie przygody powinny spotykać mnie raczej w bardziej miękkich Adidasach, a tu niespodzianka. Niemiła niespodzianka.
Dodatkowy minus – buty okazały się ostatecznie nieco luźne na pięcie.
To tyle, jeśli chodzi o dąsy i fumy. Brooksy zasłużyły tez na cała masę pochwał. Po pierwsze bezawaryjnie biegałam w nich naprawdę spore dystanse. Mogłam czuć zmęczenie, ale nigdy ból stawów. Nie zdradziły mnie na śliskiej od deszczu nawierzchni. Stabilnie trzymały się podłoża. Darowały mi masę błędów technicznych nie pozwalając na zwichnięcia kostek, czy choćby naciągnięcie mięśnia. To po prostu bezpieczne buty na długie wybiegania. Najlepiej w chłodniejsze dni.
No i mega zaleta – są bardzo solidnie wykonane. Kosztowały prawie tyle co dwie pary responsów, ale przypuszczam, ze przetrwają łącznie dwa razy dłużej niż Adasie. Póki co są ze mną od początku lipca i nie widać ani nie czuć żadnych ale to żadnych śladów zużycia – a nabiegałam w nich jakieś 500 km. Na pewno przebiegną jeszcze niejeden półmaraton i niejedno długie wybieganie. Kto wie, może jeszcze za rok będę przygotowywać się w nich do korony maratonów polskich? Wszystko wskazuje na to, że jeszcze sporo wytrzymają.
 

 
Pierwsze buty zrobiły kaputt i trzeba było szybko coś przedsięwziąć. „Szybko” i „bieganie” – te dwa słowa powinny iść w parze, chyba, że chodzi o pośpiech przy zakupie sprzętu. Wtedy się gryzą. Nie wiedziałam o tym jednak kupując na szybko nowe buty biegowe – padło na przecenione Adidas Kanadia. Co mogę o nich powiedzieć. Niestety niewiele. Przynajmniej w kontekście biegania. Do chodzenia okazały się idealne. Ale po kolei.

Adidas Kanadia 3

Kanadyjki kupiłam na zasadzie, która sprawdza się w przypadku większości modeli obuwia (czyli duży palec nie może się gnieść z przodu buta a pięta z tyłu). Zapomniałam zupełnie o zasadzie, której nauczył mnie mąż podczas dobierania pierwszych butów biegowych, wspomnianych Responsów. Otóż takie obuwie powinno być co najmniej o rozmiar większe. Stopa podczas biegania puchnie i „dopasowane” buty zamieniają się w wyrafinowane narzędzia tortur. Tak właśnie było z moimi pięknymi, nowymi, terenowymi Adidasami. Dlaczego postawiłam na terenówki? Proste – był już grudzień, żadnych startów w planach – potrzebowałam czegoś do treningów po wilgotnej, czasem śliskiej nawierzchni.
Szybko nauczyłam się nie tylko jak dobierać buty biegowe, ale także, ze źle wymierzone nie „rozchodzą się”. Płonne nadzieje. One są zaprojektowane tak, żeby jak najmniej się odkształcać. Mają lekko dopasować się do stopy i to wszystko. To nie pantofle z cienkiej skórki cudownie zwiększające rozmiar.
W ciągu dwóch strasznych tygodni dorobiłam się grona odcisków i straciłam kilka paznokci. Nie róbcie tego w domu.
Kiedy doszłam do siebie, na nowo odkryłam Kanadie, jako buty do spacerów. Okazały się idealne. Włóczyłam się w nich po lasach, zdarza mi się kroczyć w nich po mieście. Są ciepłe (zasługa Gore-Texu), noga się w nich nie poci, krótkie ale bardzo stabilne, zabezpieczają przed kamieniami, poślizgiem itp. a przy tym wszystkim nieźle wyglądają i można w nich wyjść „do ludzi” (rzadka sprawa w przypadku butów biegowych). Bardzo żałuję, ze nie mogłam wykorzystać ich na treningach. A oto i one: http://nokautimg1.pl/p-40-5b-405b22eca1abd0579a996c0a7ab7a50d500x500/buty-adidas-kanadia-tr-3-leather-m-black-blblme-deep-spa.jpg

Adidas Response Cushion 20

Jeżeli jedne buty są praktycznie martwe, a drugie zabójcze, to trzeba wezwać posiłki. Moim wybawcą okazał się Święty Mikołaj, czy raczej podszywający się pod niego mąż mój, Piotr. Podarował mi nową wersję starych Responsów, czyli aktualnie wówczas panujące „dwudziestki”. Rozmiar ponownie ten sam, co w przypadku pierwszych Adasiów, czyli dobrze dobrany.
Założyłam je po raz pierwszy w pierwszy dzień świąt i przeżyłam szok. Te buty od razu dopasowały się do stopy i bez problemu śmignęłam w nich 8 km. Może z tym śmiganiem to nie przesadzajmy, ale było super.
Wygląd? Zdecydowane przeciwieństwo Adidas Kanadia - http://s4.runnersworld.co.uk/uploads/images/productimage/5636.jpg
To nie podkręcone zdjęcie, ona naprawdę sprawiały, ze oczy zaczynały łzawić. Taki stan nie trwał długo bo nieco przyszarzały podczas biegania po roztapiającym się sniegu i błocie pośniegowym.
O dziwo na takiej nieciekawej nawierzchni sprawiły się wyśmienicie. Do dziś nie wiem jakim cudem, bo ich podeszwa nie zdradza takich talentów. Natomiast nieco gorzej było z siateczką z przodu – podwójną ale wciąż przepuszczającą wodę. Brrr.
Przydawały się też cieplejsze skarpety – tu nie ma gore-texu.
Jeśli ma się wybór lepiej tego typu butów używać po prostu wiosną, latem i wczesną jesienią. Wtedy w pełni można docenić przewiewność siateczki i dłużej pozachwycać się fluorescencyjnym kolorkiem. A ich stabilnością można cieszyć się wówczas na betonie śliskim po majowych deszczach.
Ja nie miałam wówczas takiego wyboru, miałam za to konkretne plany – pierwszy start w zawodach ulicznych czyli 5 km na bielanach. Mój kolega robił za trenera – rozpisał mi plan treningowy, przykazał ćwiczenia siłowe i rozciągające, a także na bieżąco przyglądał się postępom. Wtedy po raz pierwszy zeszłam z 35 min. na 30 km do 29 minut i pomyślałam, że mogę biegać szybciej i startować w imprezach ulicznych.
To właśnie w nich startowałam w bielańskiej i chotomowskiej piątce, półmaratonie warszawskim, legionowskiej dyszce i biegu powstania. W nich wydłużałam dystanse treningowe – od 13 km w styczniu do 32 w sierpniu.
Służyły mi dzielnie od końca grudnia 2011 do sierpnia 2012. Przebiegły ponad 1000 km. Do samego końca świetnie amortyzowały i fajnie leżały na nodze. Jedynie przy cienkich skarpetkach czułam nieco luzu. W Responsach 18 można było biegać nawet na bosaka i przylegały ściśle do stopy (choć jej nie ugniatały) tu tego zdumiewającego efektu drugiej skóry już zabrakło. I to chyba jedyny minus tych butów (zależny, oczywiście, od indywidualnego kształtu stopy).
Nie są to buty startowe, ale tez nie spowalniają jakoś szczególnie. Są za to świetne nawet na długie wybiegania. I do krótszych ale mniej intensywnych treningów. Pozwalają zaprzyjaźnić się nawet z betonowym podłożem. I nie boja się nagłej wycieczki do lasu – poradzą tam sobie przynajmniej na dystansach do 10 km (więcej nie próbowałam). Jak dla mnie – bomba.
Niestety po pokonaniu owego tysiąca km, złamał się plastik zabezpieczający przód buta. Złamał się idealnie pośrodku i wgiął na stałe do wewnątrz. Nie pomogło wypychanie, próby odginania. Każde wyjście kończyło się jeszcze przy furtce koło domu – przy zginaniu stopy ten wgięty plastik kłuł mnie w palce. Brrr. Trzeba było pożegnać się z kolejnymi Adasiami.
Na szczęście znacznie wcześniej kupiłam kolejne buty – ostatnie, które tu przedstawię. Ale to już w następnym wpisie.
  • awatar Gość: Poza ciemność istniejewyszło. Powiesić na nadzieję aż do końca, aby zobaczyć jasność. Szczęśliwego Nowego Roku. http://member.my-addr.com/uploads/images/1040.jpg
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Projekt 1044 zrealizowany i bloga czas powoli zamykać. Zanim jednak zniknę, czas na podsumowujące testy sprzętu, jakiego używałam.
Buty – to podstawa. Tak prawią mądre magazyny i książki o bieganiu, a ja im w 100% wierzę. Mimo to początki mojego biegania to obuwie całkowicie do tego nie przystosowane. W liceum ośmiokilometrowe trasy pokonywałam w vansach (dla przypomnienia, modele z końca lat 90’ wyglądały mniej więcej tak: http://3.bp.blogspot.com/-82q2xh5z6is/UIHEUveYeMI/AAAAAAAAJ1A/nJyCvT46HlU/s1600/IMG_2617a.jpg )
zamiennie z podróbkami conversów. Ubiór – zwykły bawełniany t-shirt, takież skarpetki, biustonosz balkonikowy typu bardotka i jakieś luźne spodnie dresowe, które akurat się nawinęły. Do tego walkman kasetowy w ręce i wio. Idealny przykład stroju, jaki warto odradzić każdemu biegaczowi. Ale co ciekawe – ta prowizorka się sprawdzała! Nie „złapała” mnie kontuzja, nie dokuczały stawy a 8 km biegałam dzień w dzień, w przyzwoite 45 minut, przy wadze 17 kilo niższej niż obecna.
Potem nastało dwanaście lat przerwy. I wreszcie wybiegłam na dwa okrążenia osiedla. W crocsach. Autentycznie. I nie, nie był to żaden nowoczesny, usportowiony model butów, ale zwyczajne, mięciutkie, gumowe butostwory: http://www.boostphysio.com/blog/wp-content/uploads/2010/02/crocs-300x300.jpg
Amortyzowały nieźle, stopy czują się w nich luksusowo, było więc super. Ale umówmy się – chodzi tu o niecałe 2 kilometry truchtania. To się da zrobić nawet w kapciach. Ponieważ z biegiem czasu (czyli po 2 tygodniach) mój apetyt na bieganie rósł razem z tempem i kondycją, przyszedł czas, żeby pomyśleć o czymś solidniejszym.

Adidas Response Cushion 18

Własnie takich butów używał do różnych sportów mój mąż i takie mi polecił. Kierował się przy tym zasadą „zabawne, u mnie działa”. Nigdy, ale to nigdy nie róbcie tego w domu ☺ To jeden z najgłupszych sposobów na dobieranie buta biegowego – porada osoby o innej wadze, płci, stopie, sposobie biegania itepe itede. Jednak – całkowicie wbrew powyższym przestrogom – okazało się, że „w tym szaleństwie jest metoda”. Buty początkowo były dla mnie szokiem. Rany, nie czuję podłoża! Szybko jednak ułożyły się do nogi.
Znosiły wiele – bieganie po równym i nierównym, suchym i śliskim, betonie (głównie) i naturalnej nawierzchni (rzadziej). Sprawdzały się bardzo poprawnie. Dokładnie tak – poprawnie.
To nie są buty szybkie. Nie są specjalistyczne. Ale dla neutralnej stopy (o posiadaniu takowej dowiedziałam się dużo później) i stosunkowo niewielkich wymagań okazały się bardzo adekwatne. Nie biegałam wtedy dużo – 7-8 km 5 razy w tygodniu. Wolno. Bez ścigania się. Miękkie, bardzo stabilne i solidne Adasie zdały ten prosty egzamin.
Nie pojawiły się żadne kontuzje. Jedyny dyskomfort to nieco pobolewające kolana w niektóre dni. Ale ważyłam wtedy sporo – około 75 kg przy wzroście 174
Trudno powiedzieć jaki jest ich przebieg, zanim zaczną się „ubijać”, zginęły bowiem śmiercią tragiczną. Pomyślałam pewnego smutnego dnia, że przecież w takich butach aż roi się od bakterii. A co zabija bakterie? Temperatura! Uprałam moje nieszczęsne buciory we wrzątku po czym uroczo się zwinęły, pomarszczyły i miejscami porozklejały. Wcześniej były jak ze stali – nie ruszało ich nic – ani wilgoć ani rozgrzany beton, ani kamienie czy badyle na leśnych ścieżkach. Zabiło je moje zamiłowanie do czystości. Szkoda.
Ostatnio miałam pomysł by do nich wrócić. Niestety ciężko na rynku o osiemnastki, kiedy króluje już Response Cushion 21.



W kolejnym wpisie kolejne buty, czyli Adidas Response Cushion 20, krótkie wspomnienie Adidasów Kanadia (terenowych) a następnie opis zdobywców maratonu Brooks Glycerin 9. A potem wezmę się za odzież i gadżety.
 

 
Do pierwszego kilometra
Zdążę, nie zdążę. Gdzie są skarpetki? Czy na pewno zabrałam chusteczki. O rany, boli mnie brzuch. Nie no, na 100% nie zdążę. Choćbym nie wiem jak dobrze wieczorem się przygotowała, zawsze kolejnego dnia rano, chwilę przed startem zaczyna się nerwówka. I trwa chyba do wystrzału startera.
Pogoda dopisała. Aż za bardzo. Dla kibiców to dobrze, mi miejscami prażące słońce i zawiewający raz po raz wiatr nieco przeszkadzały. Wiatr był o dziwo tym lepszym – może nieco hamował, ale także przyjemnie schładzał. Słońce to zdecydowanie nie jest dobry partner do biegów długodystansowych.
Przed startem przywitanie z „zającem” na 4:45 – podchodziłam do grupy porywającej się na złamanie czterech godzin, czterdziestu pięciu minut jak do jeża. Przecież, podpowiadał mi wrodzony pesymizm, nie mam nawet co marzyć o takim wyniku. Mojej niepewności nie rozwiewały też internetowe tabele i kalkulatory biegowe. Jeśli brałam pod uwagę wynik na 10 km(56 min.) – to owszem, ze skomplikowanych równań, wychodziło, ze maraton powinnam pobiec w czasie około 4:40. Jeśli jednak wpisywałam czas z półmaratonu (2 godz 12 min) to okazywało się, że idealnym czasem dla mnie jest raczej 5 godzin. Czy to ważne? Owszem, bo to nie bieg gdzie idzie się na żywioł. Tu oprócz przygotowania konieczne jest wyczucie „swojego miejsca w szeregu”. Zanim postawię pierwszy krok muszę wiedzieć że ostatni będę mogła postawić równie pewnie. A to oznacza założenie stałego tempa i utrzymanie go przez sprawdzanie tzw. międzyczasów, najlepiej co 5 km.
Ostatecznie stwierdziłam, że mogę chyba zaufać sobie na tyle, żeby dołączyć do grupy na 4:45 więc ustawiłam się tuż przy nich. Strefa była specjalnie oznakowana, więc nawet gdyby pacemakera nie było w pobliżu, i tak wiedziałabym skąd ruszają mnie podobni.
Ponieważ jednak wyczytałam by nie przesadzać z zaufaniem do tego typu grup, miałam na ręce własnoręcznie zrobiona bransoletkę z międzyczasami. Zerwałam ją już po 30 kilometrze, kiedy z luźnej zrobiła się za ciasna, poza tym wtedy złapałam już rytm na tyle, ze wystarczył stoper i kilometry widoczne na jezdni i flagach.
Zającem okazała się przesympatyczna maratonka z dużym doświadczeniem i niesamowitą kondycją. Już przed startem zapowiedziała, ze będzie opowiadać po drodze o Warszawie i słowa dotrzymała. Mówiła o praktycznie każdym ciekawym, mijanym przez nas miejscu, na tyle głośno i wyraźnie, żeby słyszeli ją wszyscy z grupy. Nie traciła przy tym tempa, głos jej się nie łamał, ot, jakby stała wypoczęta i świeża, w sali wykładowej i prowadziła zajęcia z varsavianistyki. Czapki z głów dla tej pani.
Wreszcie start. Były spory, kiedy na serio nastał. Ja przysięgłabym że słyszałam strzał startera, ale podobno był to jedynie start honorowy. Wypatrzeć strefy startu z naszej pozycji nie było sposób. Tysiące ludzi przed nami, tysiące za nami. Tłok.
Kiedy w końcu ruszyliśmy to wręcz niesieni tłumem. Jak na koncercie metalowym a nie stołecznym maratonie. To nic. Lubię koncerty.
Linia startu, już chcę włączyć stoper, żeby liczyć samej międzyczasy i porównywać je z tempem „zająca” a tu niespodzianka, faktyczny start, czyli czujniki ustawione są kilka dobrych metrów dalej. No trudno. Z niewielkim opóźnieniem, ale w końcu włączam stoper i jedziemy.
Przemysław Babiarz w roli konferansjera żegna nas ze swojej trybuny, kaczy chód zamienia się w normalny spacer, ten z kolei w trucht, aż wreszcie biegniemy. Czy myślałam cos w rodzaju „Maratonie, witaj”, „Przygodo, nadchodzę”? Nic z tych rzeczy. „Prawa łydka, w normie, dobrze że się rozciągałam porządnie w piątek”, „Kostka prawa od wewnątrz, mogą być problemy, trzeba asekurować”, „Lewa stopa, co do cholery strzyknęło właśnie w lewej sto…A, już wiem, spokojnie, rozgrzewamy się…” Raczej takie myśli, czysto techniczne, przelatują przez głowę.
Przed nami zalane słońcem rondo De Gaulle'a, ostro skręcamy w Nowy Świat. Kibice, masa kibiców. Euforia narasta, zanim jeszcze zadziałają endorfiny wywołując ją sztucznie.
Do piątego kilometra
Sielanka. Sprawdzam tempo pacemakera ze swoją rozpiską. Momentami ciut jakby za szybko – 6:30, włącza mi się lampka ostrzegawcza, ale dobrze uspakajamy się i ostatecznie, kiedy miniemy 5 kilometr wszystko jest – dosłownie – jak w zegarku, czyli zgodnie z czasem na 4:45 jaki mam na swojej bransoletce (miałam na niej międzyczasy dla różnych wyników, począwszy od 4:45, do 4:59).
Pani Zając opowiada o Warszawie. I idzie jej to świetnie. Czuję się jak na wycieczce krajoznawczej i ani przez chwilę się nie nudzę. W międzyczasie rozwiązuje mi się sznurowadło. Szybko wiążę podwójny supeł przeklinając w duchu, ze o tym detalu zapomniałam, po czym szybko doganiam grupę. Czy nie przypłacę tego przyspieszenia ścianą za 30 kilometrów? Trochę się tego obawiam, ale jestem zadowolona, ze znów dopadłam pacemakerkę. Jej opowieści w jakiś sposób odwracają uwagę od samego biegu. Podobnie jak piękne widoki – starówka, metropolitan, dawny ratusz – wszystko skąpane w porannym słońcu. Zresztą to i tak za krótki dystans by poczuć jakiekolwiek zmęczenie.
Do dziesiątego kilometra
Miodowa, gmach sądu, stadion Polonii – tu biegam na treningach, poczułam się więc „swojsko”. Zwykle to dla mnie okolice dziesiątego kilometra, teraz ledwo minęłam piąty – jest więc znaczna różnica w samopoczuciu. Nagle wracają wspomnienia ze strasznego Biegu Powstania. O nie… w takich warunkach, jakie wówczas panowały na pewno nie przebiegła bym maratonu. Na dodatek tak, gdzie wcześniej był podbieg, teraz lekko zakręcamy by chwilę później zbiec z górki – bułka z masłem. Nawet stawy nie odczuwają jeszcze, że to zbieganie nie najlepiej im służy. W tych okolicach często natykamy się na kostkę brukową. Najgorzej, kiedy taka nierówna nawierzchnia jest akurat w miejscu, gdzie podaje się wodę. Ba! Woda to jeszcze pikuś, przy bananach. Skórki bananów są już wręcz przysłowiowo śliskie. Niestety rozdeptany owoc też. Połączmy to z kałużami wody i powerade i mamy ślizgawkę na całego. W kilku takich miejscach szłam. Na szczęście były to jedyne moje piesze przystanki na trasie.
Mijamy plumkające fontanny, zmierzamy w stronę tunelu, którym jednak nie pobiegniemy. Dla mnie to dobrze. Po półmaratonie zostało mi niemiłe wspomnienie tego miejsca. Grobowy chłód i śpiew, który brzmiał jakoś upiornie im dalej było się od chóru, stojącego pośrodku tunelu. No i podbieg na koniec. Tak, zdecydowanie na dobre wyszło puszczenie trasy górą. Zamiast tego napatrzyłam się na gmach biblioteki, piękny chyba o każdej porze roku i coraz ładniejsze okolice między BUWem a CN Kopernik.
Do dwudziestego kilometra
Oto minęłam dziesiąty kilometr. Przede mną 32. Czas na sprawdzenie – czy czuję się na siłach. OK… powiedzmy, że właśnie wychodzisz na swoje niedzielne 30-kilometrowe wybieganie. Czy czujesz, jakbyś właśnie zaczynała biec. Czy masz tę świeżość, jaka powinna ci towarzyszyć na pierwszych kilometrach takiego treningu. Na oba pytanie odpowiedź – „zdecydowanie tak”. Czyli możemy jechać.
Koło Kopernika dwie wycieczki dzieci. Stoją, patrzą, nie machają, nawet się nie uśmiechną. Trochę luzu dzieciaki, kiedy się możecie powydurniać, jeśli nie teraz? Za 20 lat, w korpo? No w sumie tak. Ja jestem nimi 20 lat później, jestem korposzczurem i właśnie wydurniam się na ulicach miasta, ku oburzeniu zmotoryzowanych forumowiczów gazety pe el. I, och, jak mi z tym dobrze.
Pani Zając nadal ciekawie opowiada, nadal nie zmęczona, nadal głos jak dzwon. Och będę taką gdy dorosnę. Póki co biegniemy w stronę Czerniakowa. Słuchając opowieści o tutejszych apaszach, wspominam Agatę, którą tu odwiedzałam. Tyle czasu minęło odkąd jej nie ma, a ja mam wrażenie, jakby miała wychylić się z okna i krzyknąć coś dopingującego. Okna zamknięte na głucho. Biegniemy dalej.
Czerniaków w okolicach 15 kilometra to już tylko pasy przy pasach, estrakady, wiadukty, pętle. Chwila betonowej nudy. Obok biegacz wyjmuje komórkę i nawija. Ja za dużo się naczytałam o maratonie by popełnić taki błąd – nic nie mówię, nie macham do kibiców choć serce się rwie, nie skaczę, nie wygłupiam się. Każda strata energii to cegiełka, z której buduje się ścianę po 30 kilometrze. Mężczyzna z komórką nawija jednak raźnie i chyba jest mu z tym dobrze. Mi też jest dobrze. Świat jest dobry. Maraton jest dobry. Endorfiny zaczynają dawać kopa.
Pod którąś z estakad koło 15 kilometra niezły zespół. Muzyka jest wesoła, mi jest wesoło.
Wszystkim robi się nagle wesoło. Jakby ktoś przekuł balon z gazem rozweselającym. Żartujemy z zatoki czerwonych świń, z tego, że gdzieś tam najlepsi już finiszują (aaa bo oni wcześniej zaczęli biec ha ha ha, no – tak przynajmniej dwie godziny wcześniej ha ha, nie tak na serio to z dziesięć lat wcześniej ohoho hi hi hi), z tego że policja pilnuje żebyśmy namiotu nie rozbili (jak protestujące dzień wcześniej prawicowe grupy bojowników o przebudzoną Polskę i coś tam), z tego, że biegniemy, że piesek, że kibice, że kostka chodnikowa… ojejej jakie wszystko jest śmieszne. Biegaczu – czy matka wie, że jak biegasz to ćpiesz? No cóż. To wówczas też byłoby śmieszne.
Po półmetku
Wilanów rozpościera się przed nami, a nasza Pani Zając pięknie o nim opowiada. Kontroluję swój organizm. Nieco piecze mnie lewa stopa. Te buty nie nadają się na ciepłe dni, a może to kwestia skarpet. Nieco ciągnie prawa łydka. Bywało jednak gorzej nawet na 5-kilometrowych treningach. Nie wiedzieć czemu śpiewam sobie „jestem świeża, jak wiosenny wiatr” Co za bzdurna piosenka leci mi w głowie? Nic mądrzejszego jednak nie wymyślam, a to uspakaja. Podobnie jak ta, chwilowo monotonna, ale przyjemnie szeroka trasa. Stopy odpoczywają po nierównościach z okolic półmetka. Przez trzy kilometry dzieje się uspakajające wielkie nic. Potem wpadamy w Park Natoliński.
Jak to opisać. Weźmy może słomkę do picia. Standardową. Wsypmy do niej ziarenka czarnego pieprzu. Masę ziarenek. W końcu przejdą, prawda? Ale trochę to potrwa. Zator robi się straszny. W dodatku nawierzchnia jest fatalna. Każdy krok można przypłacić wywrotką. Nawet mnie nie dziwi, ze właśnie tu rozpycha się między nami jadąca po kogoś na sygnale karetka. Tobi się przez to jeszcze ciaśniej. Trudno. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Szkoda tylko, ze zamiast podziwiać to piękne miejsce, patrzymy pod nogi. I staramy się nie zarobić „z łokcia” od współbiegaczy. Przede mną TIR. Tak nazywam biegaczy – to zawsze sa faceci – którzy sami potrafią zająć niemal dowolnie szeroki pas ruchu. Są szerocy w barach i do tego jeszcze szeroko trzymają ramiona mocno nimi pracując. Koło mnie biegną trzy osoby w równym szeregu. Przed nami on jeden. Nie pozwoli wyprzedzić się z żadnej strony. W końcu podbieg jest tak znaczny, ze TIR odpuszcza, chwilę idzie. Wtedy wyprzedzam go ja i jeszcze kilka osób. Mój bieg jest teraz brzydki, kaczy. Walczę z podbiegiem. Jednak nadal jest to bieg. Nie przechodzę do chodu. Za dużo czytałam o tym, że jeśli się zacznie, można już tylko iść. Nie wierzę w to do końca, ale tez nie ryzykuję. Mały zakład Pascala. Lepiej biec.
Pacemakerka zachęca do jedzenia żelu tych, którzy czują się głodni. Nie słucham. Żywienie mam opracowane precyzyjnie już od dawna, znów, zgodnie z tym co czytałam. Co równe 40 minut jeden mały żel 4x, potem w odstępach półgodzinnych dwa duże. Kiedy chce się jeść, znaczy że już za późno, że błąd już popełniony. Żel potrzebuje pół godziny, by dać kopa. Nie zażywasz, przegrywasz. Czy jakoś tak.
Napoje to osobna rzecz. Ostatnio odchodzi się już od picia zbyt wiele, na rzecz bardzo rozsądnych, oszczędnych dawek. Takie też sobie serwuję. I sięgam wyłącznie po izotonik. Woda wypłukałaby te resztki minerałów, które gdzieś tam jeszcze we mnie siedzą. Tak przynajmniej wyczytałam w bimbalionach mądrych artykułów. Dokąd nie znajdę jeszcze mądrzejszych – będę się tego trzymać.
Kiedy wypadamy z natolińskiego parku uświadamiam sobie, że oto przede mną jakieś 25 kilometrów. Zamiast się tego przestraszyć, umacniam się w przekonaniu, że dam radę. Jest ze mną całkiem nieźle. Coś czasem zaboli, coś pomęczy, ale chwilę, dyskretnie, właściwie nie ma o czym mówić.
Przede mną wypatrywanie kibiców. Pierwszy – mój przyjaciel i „trener”, Janek, czai się z aparatem w okolicach 28 kilometra. Widząc pierwszą znajomą twarz od tak długiego czasu, wydzieram się „Czołem trenerze” i może coś tam dorzucam jeszcze, nie pamiętam, macham też łapami. Cegiełka do ściany? Tak wówczas przypuszczam i sama siebie ganię. Wracam do szeregu i nadal trzymam się blisko pacemakerki. Sama jestem zdumiona, że tak długo idę z nią ramię w ramię.
Ursynów wita nas swoim własnym „startem” a potem pożegna nas własną „metą” – ciekawe rozwiązanie. Zbliżamy się do trzydziestego kilometra. Nastawiam się na kryzys. Całą sobą. I… ku mojemu zdziwieniu nadal biegnie mi się dobrze. Nagle pyk, pyk, pyk… o nogę obija mi się… no nie, znów ta sama sznurówka. Krótki postój, w trakcie którego w myślach opowiedziałam producentowi butów co sądzę o nim i jego rodzinie, a także o tym co powinien zrobić i w jaki sposób. Potem nerwowe sięganie po żele, szamotanina z opaską, która uciska mi rękę (to tu tracę swoją rozpiskę międzyczasów) i… pacemakerka ucieka mi o jakieś 50 metrów. Widzę baloniki z napisem 4:45, ale już nie chcę nadganiać. Boję się ściany.
Od trzydziestki do czterdziestki
Nagle widzę na poboczu kolejną znajomą twarz. Ania, serdeczna koleżanka z pracy. Nie widzi mnie, zagadana. Znów nie bacząc na podręcznikowe ograniczenia drę się i macham: „Ania, pierdoło, zobacz, zobacz, biegnę”. Piszcząc z radości dobiega do mnie i jakieś sto metrów lecimy razem. Mówię jej, że to niesamowite, że przebiegłam już ponad 30 kilometrów i nadal jest dobrze. Żegnam ją z uśmiechem. Dodała mi energii. Wbiegam w znajome rewiry. Tak jak myślałam – fakt, że cały ostatni fragment to moja trasa treningowa, ułatwia mi zadanie.
Zaczynają jednak boleć mnie stawy. Boleć to może za wiele powiedziane. Czuję ich zmęczenie. Przede mną ludzie zaczynają iść – chcę ich powstrzymać, ale nagle jest ich tylu. Co się dzieje.
Na 32 kilometrze nie dostrzegam kolegi. On jednak widzi mnie doskonale – robi zdjęcie i posyła mojemu mężowi info że jestem cała i zdrowa. Dlaczego nie zareagowałam na niego? Być może przez fakt, że po drodze przez Ursynów przyzwyczaiłam się, że ktoś woła moje imię – kibice odczytywali imiona z kartek na naszych koszulkach i dopingowali „Olga, dasz radę”, „Dawaj Olga, jeszcze tylko… kilometrów”. Po jakimś czasie to, że ktoś wołał Olga w ogóle nie kojarzyło mi się jednoznacznie ze znajomymi. Trudno. Na zdjęciu, które wówczas mi cyknięto uśmiecham się. Jestem wypoczęta i wesoła. Za mną jednak jedzie motocykl-ambulans. Coraz częstsza rzecz na trasie. Dźwięk karetek, idący ludzie, ktoś siedzi na poboczu, ktoś się rozciąga, masuje… Biegnę, cały czas biegnę, czując zmęczenie, czując ból, czując każdą kostkę w stopie, w którą było mi wcześniej gorąco, ale – na litość – ani przez chwilę nie czując potrzeby zatrzymania się.
Samochody. Dlaczego policja przepuszcza samochody między biegaczami? Myślę nawet przez chwilę, czy to nie te osławione halucynacje (moment na nie jest wręcz wyśmienity), ale nie. Potem przeczytam, że kilku biegaczy rozpłaszczyło się na maskach. No ludzie… To nie piaty kilometr. Tu nie biegną wypoczęci, sprytni ludzie. Tu biegną zombie wołając zamiast „móóóózg”- „meeeeta”.
Wizualizuję sobie trasę – siedem kilometrów od domu? Przecież to już byłaby ulica Wojska Polskiego, wiesz że tyle przebiegniesz nawet ze złamaną nogą! Zresztą kiedy wpadam w Al. Ujazdowskie niczego nie muszę sobie na siłę wizualizować – to moja trasa, trasa treningowa, którą biegam na luzie, tu nigdy, nigdy nie bywam zmęczona. Biegnę więc i teraz, czuję, każdym bolącym mięśniem czuję, że teren obniża się coraz bardziej. Ból ustaje więc z każdym krokiem, a ja mogę nieco nadgonić. Już tylko chwila i zbiegam ku Placowi Trzech Krzyży, dopingujący mnie po imieniu brodaci hipsterzy w czapkach z jednej strony, bilboard „jestem, pamiętam, czuwam, TRWAM” po drugiej – jakiś znak czasów w tym wszystkim.
Rondo De Gaulla. Piję ostatnią partię izotonika. Słyszę coraz częściej swoje imię, i że jestem piękna, i że jestem kobietą i że och… Kibice warszawscy, jak was nie kochać?
Finisz
Wpadam na most Poniatowskiego, jeszcze przyspieszam, ale ostrożnie. Za dużo widziałam pustych twarzy, idących ludzi, za dużo karetek. Trochę to się kłóci z tym, czego doświadczam. Bo wszystkie moje bóle ustały, biegnę coraz szybciej i – och – mogłabym tak jeszcze długo biec.
Miła odmiana po półmaratonie, zamiast podbiegu na most, zbiegamy z niego wprost w objęcia Stadionu.
Jeszcze zdążam pomyśleć, jak nie lubię Narodowego. Jest ładny, podoba mi się. Ale coś mnie tam mrozi i odpycha. Trauma po HM, kiedy biegałam dookoła obiektu ze trzy razy, a wolontariuszki nawet nie umiały mi powiedzieć gdzie zdam chip, gdzie szatnia, gdzie woda…
Ostatnie metry, ktoś ostro mnie wyprzedza. Ja przyspieszam ale nie tak jak w Błoniu.
Mama! Macham mamie.
Koleżanka z pracy! Macham koleżance.
Ludzie, ludzie, coraz bardziej rozmyci w miarę jak przyspieszam.
Jest meta.
Przebiegam i zaczynam się śmiać. Może trochę zbyt histerycznie.
Nawet nie wiem co czuję. Nic wzniosłego póki co. Radość. Owszem. Zmęczenie. Trochę. Satysfakcję. Mniejszą niż myślałam. Na uczucia przyjdzie czas.
Płaczę dzień później zdejmując z lodówki swój plan treningowy. Dokładna rozpiska każdego dnia począwszy od czerwca tego roku. Około 500 km biegu. Kawał czasu. Kawał drogi z ciut przydługim finiszem – 42 km 195 m.
  • awatar Gość: Kiedy następny wpis ?. Jestem ciekawy. Twój Gość
  • awatar Gość: Ja już w końcu nie wiem czego Ci gratulować. Spełnonego biegu czy fantastycznego wręcz opisu. Sadzę, że w maratonie pisarskim byłabyć number one. Gratuluję wszystkiego. Twoja fanka na zawsze.
  • awatar 1044: http://www.youtube.com/watch?v=kwqvEDaFbFU Pomocne wideo z trasy.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Nie jest tak strasznie jak na tym kultowym filmiku:
Ale faktycznie, każde schody są taaaakie strome, a każde podniesienie się z miejsca poprzedzone kilkoma "ałć", "uś" Ale i tak jest OK Dziś do wieczora pojawi się fotorelacja
  • awatar Gość: Niesamowity opis! Super sie czytalo, Maratonko!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
Maraton przebiegnięty. Bez kontuzji, otarć, stanów przedzawałowych itp. Wynik 04:485. Wkrótce obszerniejsza relacja i zdjęcia
  • awatar 1044: Dziękuję :D
  • awatar .Pinky: Gratuluję. =)
  • awatar Gość: nasze gratulacjeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Pakiet startowy odebrany. Trochę pokręciłam spirale na drogach wokół Narodowego, żeby znaleźć parking, ale warto było wreszcie dostać się do biura zawodów. W torbie czapeczka, fajna koszulka (pierwszy raz mam taką, którą da się nosic na co dzień, nawet do pracy), suplement dla sportowców - Artresan, cały komplet cukierasów Halls, mini perfumy Jean Paul Gaultier (próżny wysiłek - i tak wszyscy będziemy śmierdzieć ) i masa ulotek (pewnie m.in. ze zniżkami), które poczytam sobie dziś do poduszki. Dziś jeszcze załatwianie wielu pierdółek i w efekcie cały dzień na nogach. Wieczorem bardzo optymistyczne 5 km. FORMA WRÓCIŁA!!! Jutro natomiast leżę brzuchem do góry i nadal wcinam węglowodany...
  • awatar 1044: @nuszka: Wszystko będzie niedługo na 100% Pewnie jutro. Dzięki Ci za wsparcie!
  • awatar Gość: I jak, i jak? Czekam na obszerną relację i dużo zdjęć!
  • awatar Linde-Lo: podziwiam Twoją determinację:* Zapraszam do siebie:) Miło by było znaleźć się w Twoich obserwowanych;P:* Pozdrawiam;*
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Od niedzieli jestem na diecie przedstartowej. Najpierw, od niedzielnego poranka, do popołudnia we środę byłam na menu wysokobiałkowym. Kiedy już kurczak wzbudzał we mnie najwyższe obrzydzenie, zaczął się węglowodanowy raj. Niesamowite jak dieta wpływa na samopoczucie. Jeszcze rano nic mi się nie chciało, teraz przenosiłabym góry. Niestety musze iść wcześnie spać, więc jeszcze chyba trochę postoją
 

 
Bóle mięśni - są (cała lewa noga do wymiany), nastrój - fatalny, spuchnięta - jak ludzik Michelin, gotowa na maraton - zdecydowanie nie. Mój organizm nadal mnie nienawidzi. A żeby zadowolić mojego męża, który twierdzi że tylko narzekam, wrzucam piosenkę całkiem zgrabnie podsumowującą ten tydzieńiframe width="408" height="230" src="http://www.youtube.com/embed/6fGdZh_eg9U" frameborder="0" allowfullscreen>
 

 
Mąż wypomniał mi dziś, że od mojego bloga jedzie przygnębieniem. Co racja to racja. A przecież bieganie to w gruncie rzeczy sama radość. Dlatego dla równowagi wrzucam coś, co będzie moją nagrodą za przebiegnięty Maraton. Wprawdzie autor jeszcze nie znany (więc zdjęcie pożyczam ze smakowitego bloga http://whiteplate.blogspot.com/)ale...
Dadamm...
  • awatar honeyyy.: mniam mniam mniam <3 mogłabyś odezwać się do mnie na gg 1871455 lub prywatną wiadomość? ;>
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
No i zaczął się. Ostatni tydzień. Trening jest lajtowy i wszystko powinno być pięknie, tylko że nie jest. Powód - hipochondria przedstartowa. Podłapałam to określenie dzięki "Relacji z debiutu znajdującej" się o tu: http://www.maratonwarszawski.com.pl/node/10282 U autora tekstu objawy pojawiły się dość wcześnie: "Na 2 tygodnie przed biegiem zacząłem rozpoznawać u siebie większość chorób i urazów biegaczy. Lewy Achilles, prawe kolano, prawa kostka, podbicie stopy." No cóż. Ja przysięgłabym jeszcze w weekend, że boli mnie wszystko - każdy mięsień, każdy staw. Czułam w ciele takie zmęczenie, jakbym już była po maratonie. Obrzydliwe uczucie. Co chciał mi zakomunikować organizm? Nie wiem. W panice odstawiłam wszystkie suplementy.
Do tego doszedł kolejny, typowo kobiecy problem. Żeby nie zagłebiać się w temat - czuję się znów jak Ludzik Michelin i tak też wyglądam. Jestem napompowana zatrzymaną przez organizm wodą i nic nie mogę z tym zrobić. Tylko czekać. Może do niedzieli mój organizm się ogarnie. Bardzo to stresujące. Tym bardziej, że zwykle kiedy byłam Ludzikiem Michelin, lżej trenowałam, albo bardzo się na treningach męczyłam. I zwykle prześladowała mnie straszna kolka.
To wszystko sprawia, że czuję jakby mój organizm działał przeciw mnie. Jakby uparł się utrudnić mi coś, co już jest trudne. Chyba znam kolejny powód dla którego są takie dysproporcje płciowe wśród uczestników maratonu. Kobieca fizjologia jest czymś wstrętnym i obrzydliwym. Nikt mi w tej chwili nie wmówi że to piękne, że cud życia itp. Jestem wściekła i rozżalona. Ale czekam. Może będzie lepiej do niedzieli?
ps. Zaczęłam już stosowną dietę - do środy wieczorem jem prawie wyłącznie białka. Potem zamienię je na węglowodany. To zaledwie 1,5 dnia a ja już mam dość
 

 
Długie wybiegania i trening maratoński są nierozłączne. Inne elementy mogą – jak się okazuje – zmieniać się w zależności od trenera/szkoły/kondycji, ale one pojawiają się w praktycznie każdym planie, jaki widziałam. W moim również. Zaczynają się powyżej 20 km i kończą powyżej 30. Zwykle zamykają tygodniowy cykl, a to oznacza, że wypadają w weekend. Kiedy więc ja połykam kolejne kilometry, one pożerają moją niedzielę. Rozgrzewka, trzy godziny biegu (często z hakiem), rozciąganie, wreszcie prysznic i z poranka robi się popołudnie. Prawdziwe wyzwanie dla mojego męża, który już zaczął nieco kręcić nosem i chyba powód, dla którego tak mało „trzydziestek” obarczonych pracą i dziećmi, podchodzi do startu w maratonie.
A sam bieg?
Sprawia, ze świat się kurczy. Zwija się w sobie, jak zgniłe, pomarszczone jabłuszko. Droga, która wydawała się kiedyś nie do przebycia, teraz staje się zaledwie częścią trasy. Dziesięć kilometrów – w gruncie rzeczy już solidny dystans, to dopiero dobry początek. Coś dziwnego dzieje się z umysłem, który nagle zaczyna całkowicie inaczej postrzegać odległości – „daleko” staje się dla niego „blisko”, „aż” zamienia się w „tylko”, „jeszcze tyle” zamienia się w „już tylko” itp. W głowie trasa zostaje w jakiś tajemny sposób podzielona na „lekkostrawne kawałki” – „Wystarczy, ze dobiegniesz do stacji benzynowej, a potem to już tylko dwa razy tyle, co normalnie masz do sklepu”, „No teraz to nie pierdziel, zostało ci jeszcze tyle ile biegałaś po pierwszym miesiącu treningów”, „Jak przebiegniesz tylko do tamtego zakrętu, to będzie przerwa na marsz i picie, obiecuję.” – to typowe monologi, jakie pojawiają się w mojej głowie. Czasem jest to nawet rozmowa. Czasem trzeba wybiegów i kłamstw. Wszystko po to, by zbagatelizować wysiłek i zmniejszyć dystans. Innym razem umysł odcina świadomość, która tylko przeszkadza, męczy, demotywuje. Oczywiście to „odcięcie” nie oznacza, ze robię fajt i śpię gdzieś w rowie. Nie, ja raczej wpadam w trans – jestem gdzieś poza ciałem, które zostaje samo ze swoim zmęczeniem, bólem itepe. W takich chwilach przegapiam całe miejscowości na trasie, całe długie kilometry. O czym wtedy myślę? Nie wiem. Trochę przypomina to sen. Snów tez czasem się nie pamięta. Idealny bieg na tak długim dystansie jest wtedy, kiedy uda się nadać ciału w miarę szybko tzw. prędkość przelotową – czyli docelowe tempo treningu, a potem równie szybko wpaść w trans. Ciało nie zwolni. Będzie sobie biegło. Mało tego, będzie uważało na samochody, rowery, pieszych. Nie wpakuje się w kłopoty. A jeśli jakieś dostrzeże, momentalnie obudzi umysł. To zabawne jak długo można przebiec na takim autopilocie i jak sprawnie to idzie. Rzadko jednak ta sztuka udaje się tam, gdzie wymagane jest skupienie, czyli np. na ulicach Warszawy. Prędzej w trans wpadam na znajomej, nudnej trasie. Z kolei w Wawce biega się zwyczajnie ciekawie. Zawsze coś się dzieje, zawsze można znaleźć ciekawy zaułek, jakąś klimatyczną uliczkę, wymieniać z ludźmi uśmiechy, pozwolić by ruch uliczny dyktował tempo (zmuszał raz do zwalniania, innym razem do sprintu, gdy chce się trafić na „zieloną falę”). To takie zwiedzanie w wersji turbo, szalenie przyjemne, nawet jeśli męczące.
Co zyskałam dzięki długim wybieganiom? Na pewno spokój ducha. Jeśli daję radę przebiec kilka razy 30 km i po rozciąganiu/prysznicu zachowywać się jakby nigdy nic (iść na zakupy, pięciokilometrowy spacer itp.) to dam radę przebiec maraton. Nauczyły mnie umiejętnie gospodarować żelami energetycznymi (zwykle przydają się w połowie trasy) i wodą (to już zależy od pogody). Pozwoliły na dobre oswoić się z odległościami, przestać się ich obawiać – 20 km jest dziś dla mnie tym, czym jeszcze rok temu było 10 km – dystansem średnio męczącym, do przebiegnięcia praktycznie na zawołanie. Pozwoliły mi odkryć wiele przyjemnych miejsc, głównie w Warszawie. Skłoniły do wielu przemyśleń i dały czas na pobycie ze sobą sam na sam.
Będzie mi ich nieco brakować w sezonie zimowym. Na pewno wrócą wiosną. Teraz, kiedy światła coraz mniej, nie będę miała na nie aż tyle czasu. Już podczas ostatniej dwudziestki miałam lekkiego pietra dobiegając do celu w egipskich ciemnościach. A przecież dopiero wrzesień. Niedługo już o 18 będzie całkiem ciemno.
  • awatar Gość: incredibly nice captures. my website - http://journal-cinema.org/
  • awatar 1044: Dzięki za komentarze. Strasznie fajnie, że ktoś czyta te wypociny. Jeszcze fajniej, jeśli one komukolwiek pomagają :) Motywujecie mnie!
  • awatar Gość: najlepsze jest to, ze dobiegasz tam, dokad wczesniej dojechaloby sie autem... Super, ze zrobilas te 20tki i 30tki. Tak jak piszesz, masz pewnosc, ze i 40km zrobisz. O to chodzi!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (4) ›
 

 
Znowu się obżarłam. Tata przywiózł mi dziś mus jabłkowy (produkcji mojej Mamy, więc przepyszny). Z kolei mój mąż nie jadł cały boży dzień. Przygotowałam więc pancakes. Miały być na kolację dla męża, a jeśli coś zostanie, to także na śniadanie dla mnie. I co? On zjadł zaledwie dwa, trzy - ja całą ogromną resztę. Co z tego że były na mące orkiszowej i słodziku? Zeżarłam ich całą masę. Aż mi niedobrze. W takich chwilach wyłącza mi się myślenie, ręce się trzęsą, wszystko mi z nich wypada, jem łapczywie aż trudno mi połykać, a w głowie coś krzyczy ratunku - niech mi ktoś pomoże. Nie umiem radzić sobie z jedzeniem. I to mój wielki dramat. Najgorsze, że czuję się z tym zupełnie sama. "Przecież nie tyjesz", "przecież nie jesz aż tak dużo", "zdaaje ci sie"...
  • awatar 1044: @nuszka: Kolejny raz jestem Ci bardzo wdzięczna za komentarz. Fajnie się dzielić doświadczeniami z tras. To dużo lepsze niż czytanie fachowych opracowań. Jutro obiecuję nadrobić bloga. Niestety znów, przez nadmiar pracy i weekendowy wyjazd, nie pisałam regularnie. Póki co powiem krótko: jest forma na maraton, jeśli nic mi jej nie zepsuje, będzie OK :) Co do podbiegów to rozumiem Cię całkowicie. Ja cały czas zastanawiam się, czy to, że poprawiłam sporo wynik z Warszawskiego w Błoniu, nie było spowodowane m.in. tym że na Warszawskim była Agrykola i wbieganie na most Poniatowskiego, a w Błoniu cały czas płasko. Trzymam kciuki za to, żebyś po następnym biegu płakała z radości.
  • awatar Gość: Bo ludzie oceniają po tuszy, a nie ilości pochłoniętego jedzenia. Wrzucanie w siebie ogromnych ilości pysznego jedzenia i następujące po tym wyrzuty sumienia i panika(lub w trakcie..) jest problemem wielu ludzi.. i chyba wielu biegaczy. Głowa do góry! Mogłabym się rozpisywać co tu zrobić, żeby (w wielkich męczarniach) powstrzymać się przed obżeraniem, ale ujmę to nieco inaczej - jak zjesz, pozwól sobie spokojnie to strawić (zielona herbata lub taka mieszkanka.. zaraz.. Figuera 1, bardzo pomagają poczuć się lżej po napadzie łakomstwa) i "biegnij dalej" :) Już po półmaratonie w Płocku. Było dosyć okropnie:) Czasu z Warszawy nie poprawiłam, na pętli było chyba z 6 czy 7 podbiegów (pętla razy dwa) które totalnie wyssały mi siły i doprowadziły do płaczu na mecie. Z wściekłości. Może na kolejnym będzie lepiej:) Niecierpliwię się już, czekam na 30 i szczegółową relację:) Jak samopoczucie dwa tygodnie przed maratonem?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Ubiegły tydzień był bardzo aktywny. Łącznie nabiegałam 58 km, z czego nieco ponad 30 w niedzielę. Poza tym około 20 km chodzenia i dwie godziny siłki. Niby nie robi to mega wrażenia, ale coraz ciężej jest "wykroić" czas. Nawał pracy + coraz szybciej nadciągający zmierzch. Trudno, będzie się jakoś kombinować.
Najgorsze, że mimo ograniczeń dietetycznych i sporego kilometrażu waga jest bezlitosna i ciągle pokazuje to samo (czyli za dużo). Widać, że mam więcej mięśni, że zmienia mi się sylwetka (coraz mniej wystaje )ale ja chcę pozbyć się jeszcze kilku kilogramów!!! Trudno. Tradycyjnie już najszybciej chudnę jesienią i zimą - może i tym razem tak będzie.
Póki co kolejne pocieszające 30 kilometrów zrobione. Dodaje mi to otuchy, że maraton da się jednak przebiec. W końcu to "tylko" dodatkowa dwunastka Niby tak się podśmiechuję, ale tak na serio to są chwile, kiedy mam porządnego pietra - czy dam radę, czy nie zejdę z trasy z wielkim wstydem, czy nie zafunduję sobie kontuzji... Jedyny sposób, by rozwiać obawy to zrezygnować już teraz, albo wystartować. Wybieram tę drugą opcję.
 

 
„Najlepsze są te małe kina” pisał Gałczyński. Zaczęłam się ostatnio zastanawiać, czy jego słów nie można sparafrazować pisząc o bieganiu. Pisząc „małe biegi” mam na myśli chociażby Legionowską Dychę, w której pobiegło około 500 osób, czy niedawny II Półmaraton Powiatu Warszawskiego Zachodniego im. Janusza Kusocińskiego, gdzie wystartowało 363 zawodników. Ktoś powie, że kilkaset osób to i tak tłum, że przygotowanie to masa roboty i że wszystko to wcale nie zasługuje na miano „małe”. Tym niemniej niecałe 400 osób na starcie w Błoniach to nic przy ponad siedmiotysięcznym tłumie, jaki biegł na tym samym dystansie w Wawie. Przyjmijmy więc, że był to (póki co, bo kolejne edycje mogą być inne) mały bieg.
Duże imprezy, w których brałam udział, jak chociażby Półmaraton Warszawski, imponują rozmachem. Budzą podziw jak każda ogromna, skomplikowana, a jednak świetnie działająca machina. Tyle, ze te małe są bardziej klimatyczne. Czuje się w tym jakąś wspólnotę biegowej społeczności. Tak było właśnie tu, na trasie Błonie-Borzęcin Duży.
Co składało się na ów klimat? Ciężko powiedzieć. Na pewno ludzie obsługujący imprezę, od wolontariuszy, po organizatorów.
W biurze zawodów wszystkie formalności poszły błyskawicznie i z uśmiechem (każdy start jest stresujący, więc ten uśmiech znaczy bardzo dużo).
Wolontariusze byli pomocni i hmmm entuzjastyczni – to chyba najlepsze słowo dla ich zapału. Przykład? Nigdy wcześniej nie zostałam otoczona taką opieką po przekroczeniu linii mety. Pamiętam, że to był najsłabszy punkt HM Warszawskiego, kiedy musiałam się o wszystko dopraszać średnio rozgarnięte wolontariuszki („Powerade? Nie ma, może ktoś inny ma proszę popytać.” „Gdzie zdaje się chipy? Może koleżanki wiedzą, ja nie. Najlepiej niech pani poszuka, popyta.” Itepe itede). Teraz nie tylko nałożono mi medal i podano wodę, ale jakaś pani wskazała, gdzie są natryski, wyjaśniła gdzie czego szukać, służyła pomocą. Na życzliwość obsługi mogli liczyć także moi kibice ☺ dowiedzieli się jak dojechać, gdzie zaparkować, a nawet jakie są wyniki najlepszych biegaczy, bo przeoczyli moment finiszu zwycięzców.
Także na trasie nie było problemu z obsługą (tu z kolei przypomina mi się kolejka do napojów na Biegu Powstania, brrr). Zanim się zorientowałam, biegłam już kubeczkiem w ręce, podanym sprawnie jakby to była olimpijska sztafeta :-)
Organizatorzy zrobili bardzo dużo, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik, estetyczne i w ogóle tip top. Czuło się, że oni również podchodzą do projektu bardzo entuzjastycznie, z autentyczną pasją. A przy okazji sami są częścią biegowej społeczności. Oto przykład, który chyba najlepiej obrazuje relacje zawodnicy-organizator: napisałam z prośbą o udostępnienie zdjęć na moim blogu, odpowiedź brzmiała „Można wykorzystać nasze zdjęcia. Impreza jest dla biegaczy więc i zdjęcia też.”
Kolejne cegiełki do ciepłego klimatu tej imprezy dołożyły służby porządkowe. Uśmiechnięci, mimo że czujni :-), zamieniali się czasem w kibiców. Koło 8 kilometra jeden pan dodał mi sił dopingiem i trąbieniem, a bodajże koło 15 pan policjant dopingował mnie przez megafon. Bardzo miłe wspomnienia.
Byli też – o dziwo, bo lało jak z cebra praktycznie przez całe 2 godziny mojego biegu – kibice. I nie mówię o rodzinach zawodników, ale o mieszkańcach wsi znajdujących się na trasie. Niesamowite, że w taką pogodę wyszli by oklaskiwać amatorów biegania.
Na klimat wpływ miała także trasa – teoretycznie monotonna – ot mazowieckie krajobrazy, ale w praktyce wcale nie nudna. Może dlatego, że przypomina mi moje najczęstsze trasy biegowe, więc po prostu poczułam się „u siebie”. Jedyny minus to wszechobecny zapach kapustki. Momentami nieco męczył, ale bez przesady. Znam gorsze.
Ale jak już zaczęłam marudzić, to trochę pomarudzę. Bo minusów jakoś nigdy nikomu nie da się uniknąć.
Po pierwsze zapisy. Trochę zamieszania było z potwierdzaniem uczestnictwa, przy okazji jakieś zawirowanie z tym, ze wpłaciłam, a nie widniało to na liście przy moim nazwisku i takie tam… Generalnie lekki bałaganik. Ostatecznie jednak wszystko okazało się być w porządku, ale przez chwilę miałam stracha, bo lista już zamknięta a ja nie mam potwierdzenia że moja wpłata dotarła do organizatorów. To rzecz zdecydowanie do poprawki w przyszłym roku.
Druga rzecz to limit – wiem, że sporo osób nie dostało się na listę, a potem i tak biegło znacznie mniej niż planowano. Zawsze kilka osób nie dotrze ( w HM Warszawskim niemal tysiąc!) może więc lepiej na przyszłość wyznaczać wyższe limity?
Kolejna sprawa - samochody. Na początku pojawiały się auta ekipy organizatora jadące niezwykle wolno, ostrożnie i w ogóle nie stwarzające zagrożenia. I to było całkowicie OK. Niestety, już pod koniec trasy śmignęło kilka-kilkanaście prywatnych samochodów. Większość zachowywała bezpieczną prędkość, część umiarkowaną, ale był jeden pan z rejestracją WF, który mocno przygazował ochlapując i trochę strasząc biegaczy. Niefajna sprawa.
I ostatni minus to mój wynik ☺ Ciągle nie na poziomie na jakim być powinien. Ale za to mogę już winić tylko siebie. Za rok będzie lepiej, bo coś czuję, że wówczas znów pojawię się w Błoniu, tyle, że z wyższym przebiegiem na liczniku. Oby i tym razem pogoda sprzyjała biegaczom, bo o resztę się nie martwię.

ps. Zdjęcia udostępnione przez organizatorów imprezy.
  • awatar 1044: @nuszka: A co do Twojej przerwy w bieganiu długich dystansów. Dla mnie HM Warszawski był pierwszym w ogóle biegiem powyżej 15 km. :) Tak mi się teraz skojarzyło. Strasznie się bałam co tam będzie ponad tym tajemniczym progiem. Ty już wiesz jak się biegnie HM więc będzie "z górki". :)
  • awatar 1044: @nuszka: Wow... zaniedbałam bloga, wchodzę a tu taki miły komentarz. Nie spodziewałam się, więc tym bardziej teraz się cieszę! Myślę, że z nami, biegaczami jest już tak, że każdy każdego inspiruje, nakręca, podnosi na duchu. Ja Ciebie, a jednocześnie Ty mnie. Trzymam kciuki mocno za płocki HM i czekam na relację :) A póki co gorąco pozdrawiam!
  • awatar Gość: Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę ze swoich "właściwości" - motywujesz niesamowicie! Przerażona perspektywą zbliżającego się półmaratonu (16 września w Płocku) po długiej przerwie biegowej (dystans powyżej 15 kilometrów biegłam ostatnio, i przy okazji pierwszy raz w życiu.. na HM warszawskim:) ) zaczytuję się w Twoich wpisach i ładuję nadzieją i pozytywnym myśleniem. Dziękuję Ci! Trzymam kciuki i z niecierpliwością czekam na relację z maratonu! Jestem jednym z Twoich kibiców, tych obecnych myślami:)
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Choroba zafundowała mi 1,5 tygodnia przerwy. I to tuż przed samym półmaratonem. Mimo, że wcześniej byłam solidnie wybiegana i np. 30 km nie stanowiło już większego problemu, teraz zaczęłam mieć solidnego pietra. Pierwszy bieg po chorobie poszedł nadspodziewanie dobrze, jednak drugi fatalnie – 10 kilometrów, z których każdy bolał. Do tego w trakcie choroby jadłam tak, jak podczas normalnego cyklu treningowego, co automatycznie zaowocowało dodatkowymi kilogramami. To sprawiło, ze na starcie w Błoniu stanęłam pełna obaw. Postanowiłam nie szarżować – stwierdziłam że 6 min/km wystarczy przy moim stanie zdrowia. Uzbrojona w zegarek, zaczęłam wielkie liczenie. I praktycznie do 17 kilometra udało mi się utrzymać tempo – oczywiście z lekkimi wahaniami. Cały czas byłam jednak skupiona – raz na wyliczeniach, a dwa na powtarzaniu sobie gdzieś w głowie naprędce wymyślonej melodyjki pozwalającej mi stawiać kroki w równym rytmie. Dwa razy wybiły mnie z niego punkty z napojami, no i po 17. kilometrze wszystko diabli wzięli przez narastające zmęczenie. Ciało przypomniało sobie o feralnym dziesięciokilometrowym biegu sprzed dwóch dni po którym naciągnęłam sobie mięśnie lewego uda (z fachowych obrazków wynika, że chodzi o mięsień prosty) i zaczęłam lekko utykać przez chwilę. Potem zmusiłam się do zmiany sylwetki manewrując rękami (które przy okazji zachowywały się całkiem nieźle, może tylko nieco spuchły palce, ale generalnie było OK). Musiałam też kontrolować głowę, która w okolicach 20 km lubi mi odlatywać do tyłu – ot tak żebym mogła popatrzeć na niebo. Tu też udało mi się szybko przywrócić pion. Mam wrażenie, że przez pięć miesięcy, które minęły od HM Warszawskiego zrobiłam kawał dobrej roboty jeśli chodzi o mięśnie. To dzięki znienawidzonym godzinkom ćwiczeń siłowych tak łatwo było mi utrzymać postawę mimo zmęczenia. W Warszawskim czułam jakby ktoś usiadł mi na ramionach, głowa zrobiła się ciężka, ręce latały sobie jak chciały… Teraz ciało grzecznie się mnie słuchało i było dość zdyscyplinowane. Czas mógłby być pewnie nieco lepszy, gdyby nie przerwa i związane z nią obawy odnośnie kondycji. Wiele się jednak w tym biegu nauczyłam (skupienie na liczeniu, dyscyplinowanie sylwetki, utrzymywanie rytmu w głowie) i sporo dowiedziałam o swoim poziomie wytrenowania. Poza tym życiówka zawsze mile łechce próżność. Nawet jeśli różnica jest niewielka. Poniżej wyniki z obu biegów. Widać, że na 10 teraz było nawet wolniej, żeby potem na 21szym mogło być lepiej. To też pokazuje, że nauczyłam się tego, na co zwraca uwagę Skarżyński: strategii biegu. Nie jestem jeszcze w pełni z siebie zadowolona, wyniki mam – powiedzmy sobie szczerze – budzące w większości biegaczy uśmiech politowania, ale cieszę się z progresu. W końcu tak regularnie biegam niecałe półtora roku, a postępy zaczęły pojawiać się dopiero od grudnia 2011 kiedy kolega Janek rozpisał mi pierwszy solidny trening. Mam jeszcze czas na rozwój.
HM Warszawski 10 km 11, total netto 02:15:12
HM Kusocińskiego 012:30 total netto 2:11:35
Ps. Już po HM biegałam dwa razy. Jak to fachowo ujął kolega Janek, czyli mój „pan trener”, ewidentnie doszło do superkompensacji. Biegam lekko i, jak na siebie, bardzo szybko, bez widocznego zmęczenia. Czyżby chorobowa przerwa wyszła mi jednak na dobre?
 

 
Jutro bieg im. Janusza Kusocińskiego. Fajna impreza, ale też ważna lekcja historii naszego sportu.
Polecam do poczytania:http://treningbiegacza.pl/zawodnicy/biografie/item/230-janusz-kusocinski-prawdziwa-polska-historia
I jeszcze kilka słów od obecnego, znakomitego biegacza: http://marcin-lewandowski.pl/publikacje/69-moj-idol-janusz-kusocinski.html
 

 
Oficjalnie uznaję, że Bieg Powstania Warszawskiego jest dla mnie idealnym wzorcem "biegu trudnego". Powinno się go w jakiś sposób przenieść do Sevres i postawić koło słynnego metra. Dzisiejszy trening to było 0,99 Biegu Powstania Warszawskiego, czyli prawie tak samo trudny. Czułam się ciężka, nogi mnie nie słuchały, bolało mnie wszystko, czułam że zaraz rozpadnę się na kawałki. Ot taka kara za ponad tydzień przerwy. Jednak mnie dopadła. Mimo to przebiegłam 10 km. Piekielnie trudna dziesiątka. Ale w takich chwilach człowiek jest dumny, że pokonuje własne słabości. Po to w sumie się biega (między innymi), żeby hartować charakter.
Była jeszcze jedna przyjemna sytuacja - jakiś pan, na spacerze z pieskiem, zatrzymał się widząc, że biegnę i krzyknął: "brawa, brawa za walkę, nieważne jaki będzie wynik" Dokładnie tak, całym długim hasłem. Odwróciłam się, podziękowałam i pobiegłam dalej, ale już z nowymi siłami. To nie pierwszy raz, kiedy spotyka mnie coś tak miłego! Dziękuję wszystkim takim motywatorom. Temu panu dziś. Starszemu panu w Kielcach klaszczącemu, kiedy koło niego przebiegałam. Kolarzom przybijającym "piątkę". Jesteście świetni!
I jeszcze jedna taka myśl na zakończenie - biegając widzę, jak fajnym miastem jest Warszawa, ile w niej pięknych miejsc albo ciekawych, albo po prostu klimatycznych. Lubię to
 

 
Wczoraj pierwszy trening po długiej przerwie wymuszonej chorobą gardła. Nie taki zły jak myślałam. Około 32 minuty na 5 km. Czyli spacerowo, ale też bez przesady. Kiedy ostatnio miałam przerwę chorobową, dość długo wracałam do formy. Mam nadzieję, że teraz wszystko pójdzie szybciej. Musi. W końcu już w niedzielę półmaraton im. Janusza Kusocińskiego http://www.polmaraton.pwz.pl/?idpm=1
Nie liczę na pobicie rekordu z Półmaratonu Warszawskiego, właśnie przez tę przerwę chorobową. Ale chciałabym pobiec szybciej niż np. 2:20. Proszę o wytrwałe trzymanie kciuków.
 

 
Niech żyją wakacje, niech żyje pole, las i niebo, i słońce, i wolny, pogodny czas. Głupie? Głupie. Ale i tak co roku sobie to podśpiewuję. Tym razem na swój wakacyjny urlop zdecydowałam się na samym początku sierpnia. I trafiłam chyba na najlepszy moment jeśli chodzi o bieganie. Zamiast upałów miałam temperaturę około 17-20 stopni a to oznacza, że nie musiałam zrywać się świtem by dobiec do domu, zanim moja trasa biegowa zamieni się w rozgrzaną patelnię. Pierwsze dni spędziłam w Rozewiu. Rano 10-12 km biegania, potem rozciąganie i przez resztę dnia 20-30 km spacerów z rodzicami. Fantastyczna sprawa. Chociaż mogłam zabrać kilka cieplejszych ciuchów, ale o tym za chwilę.
Potem Kielce i wizyta u rodziny męża. Tu raczej wszyscy preferują bierny wypoczynek, więc o całych dniach spędzanych na spacerach nie było mowy. Szkoda. To piękne tereny. Samo miasto nie należy do najpiękniejszych, ale położone jest bardzo malowniczo. Trudno – spacerów nie było. Były za to solidne ćwiczenia siłowe i solidne bieganie. Mocno dały mi w kość podbiegi. Czuło się inną wysokość i inne powietrze niż na Mazowszu. Bardzo przyjemna odmiana.
Niestety przysłowiowe kieleckie wiatry dokończyły to, co zaczęło się ze mną dziać już w Rozewiu. Do domu wracałam już z bólem gardła i cały weekend spędziłam zakasłana i otulona kocami, z uczuciem, że ktoś ciężkim buciorem stanął mi na klatce piersiowej. Nic miłego. Najgorsze, że ciągnie się to już od tygodnia. A to oznacza, że od piątku nie biegam, nie ćwiczę, nie robię nic! Jutro lekarz. A dziś jeszcze porcja zdjęć, z moich wspaniałych wakacji.
Ps. Mój kolega i „trener” zrobił życiówkę 23 min na 5 km. I to w zasadzie niedługo po kontuzji. Szacun dla tego pana.
 

 
30000 metrów, 30 kilometrów, 3 godziny (z hakiem). I przyjemność z biegania jak rzadko kiedy. Przyczyna jest prosta. Pogoda była idealna. Mgliście, bardzo lekki chłodzący wiatr, chwilami darmowy lekki prysznic z nieba, 18 stopni. Żeby zdążyć przed upałem wybiegłam nieco po 60. Opłacało się. Po 10 zaczęło się coś, co niebiegacze nazywają pięknym dniem Pewnie dałabym radę biec, ale to żadna przyjemność w upale i prażącym słońcu.
Jutro wyjazd nad morze. I znów zapowiada się dobra "pogoda dla biegaczy". No i te widoki... Trasy zaplanowane, Responsy zapakowane. Będzie sporo biegania.
 

 
Wtorkowy trening miał być lajtowy. I był. Około 6 km na luzie. Na koniec sprawdziłam tylko pro forma swoje tempo - 6:10 i to przy wielokrotnym stawaniu na światłach. Powiem tak: http://cdn3.digitaltrends.com/wp-content/uploads/2011/10/not-bad-obama.png
Dziś z założenia miał byc szybki trening. I faktycznie część trasy zrobiłam poniżej 6 min./km, ale potem robiło się juz tylko gorzej. Do tego stopnia, ze zamiast planowanych 6 dałam rade zrobić tylko 5 km. I tu z kolei pasuje inny mem: http://media.tumblr.com/tumblr_m65uwevjnJ1r8emiu.png
Tyle, że powód jest całkowicie jasny. We wtorek 20+ stopni, pochmurno, miejscami mżawka; dziś w słońcu ponad 30.
Nie znoszę upałów. Wolę trenować zimą, przy -15 stopniach. Kurde!
 

 
Uczestnictwo w XXII Biegu Powstania Warszawskiego już za mną. Długo zbierałam się, żeby napisać o tym, wyjątkowym z wielu powodów, wydarzeniu.

Powód 1. Wyjątkowa… porażka
Mój „występ” w tym biegu to dla mnie samej ogromne rozczarowanie i ogromna porażka. 8 minut powyżej „życiówki” z Legionowa. I to mimo stosunkowo niezłej formy ostatnimi czasy. Przyczyn takiego a nie innego wyniku mogę dopatrywać się po pierwsze w temperaturze/wilgotności. To była dżungla. Mimo późnej godziny (start chwilę po 210)przez cały bieg panowały warunki, na jednym z forów nazwane – i słusznie – „parówką”. Moja koszulka była przemoczona już na starcie. I już wtedy czułam, ze cały organizm woła: „pić”. No właśnie – i tu kolejny powód opóźnienia, brakowało mi wody. Kiedy po 5 kilometrach dotarłam do punktu z napojami, okazało się, że to stosunkowo mały namiot, pod którym szybko tworzyły się przestoje. Kolejka po wodę to kolejne urwane sekundy. Byłam przyzwyczajona, że tego typu punkty ciągną się przez wiele metrów, a sięgnięcie po wodę, to kwestia wyciągnięcia ręki. Tu chyba przeliczono się z temperaturami i zrobił się korek. Zresztą o ten ostatni było łatwo, bo już przed startem zrobiło się niezwykle tłoczno. 5000 osób, ściśniętych w upale, to nie jest coś co tygrysy lubią najbardziej. Pierwsze minuty biegu to było już nawet nie truchtanie ale po prostu spacer. I znów kilka dobrych sekund w plecy. Aż do piątego kilometra, kiedy to część biegaczy zakończyła trasę, było bardzo ciasno. Wyprzedzanie było dość trudne, zdarzało się, że uczestnicy wpadali na siebie. Jednak przy kilkutysięcznym tłumie, strefy startowe to nie taki głupi pomysł.
A teraz jak już ponarzekałam na okoliczności zewnętrzne, trzeba przyznać się, ze ja sama dołożyłam cegiełkę do tej porażki. W zasadzie nie cegiełkę a cały bloczek YTONG. Kilka bloczków. No dobrze – zbudowałam całe solidne piętro i nakryłam je więźbą dachową. Ponieważ bieg zaczynał się późno, należało przez cały dzień pilnować diety – jeść lekkostrawne a jednocześnie pełne węglowodanów potrawy. A ja, jak to ja obżarłam się może i zdrowymi rzeczami, ale serwowanymi w nadmiarze. Cały weekend to u mnie 2 kg na plusie, przy czym w sobotę nabiłam sporą część tej wagi. Co z tego, ze płaczę, co z tego, że mam cel jakim jest bieg, co z tego, że boli mnie brzuch? Siadam i jem aż robi mi się niedobrze. Potem wyrzuty sumienia i znów kolejny weekend z tym samym scenariuszem. Nie byłoby tego, gdybym cały czas coś robiła, spacerowała, jeździła na rowerze, biegała. Niestety „siedzące lobby” jest dość silne a smutno jest spędzać weekend samej. Oczywiście można powstrzymywać się od jedzenia jeśli już musi się siedzieć cały dzień np. przy grillu. Tyle, ze tej sztuki jeszcze nie opanowałam. Tak więc i tym razem pełny brzuch towarzyszył mi przez 10 piekielnie trudnych kilometrów biegu, skutecznie mnie spowalniając.

Powód 2. Wyjątkowa trasa
Lubię biegać po Warszawie. O ile u siebie mam świeże powietrze, czasem towarzystwo zwierzaków i rzadko innych ludzi, o tyle tu mam mnogość tras (a zatem także duży wybór = zero nudy) oraz szybko zmieniające się widoki (znów: zero nudy). Tym razem trasa była wręcz wyjątkowo malownicza (załączam poniżej). Dodatkowo jeszcze po raz pierwszy biegłam po zmierzchu. Przyznaję, że miasto prezentuje się wtedy wręcz wspaniale. Po drodze „załapałam się” nawet na pokaz fontann – piękna iluminacja.

Powód 3. Wyjątkowi kibice
Pięć biegów ulicznych na koncie to bardzo mało, żeby orzekać o kibicach. Jednak wydaje mi się, że rzadko są aż tak entuzjastyczni jak tym razem. Ludzie na Starówce, czy wzdłuż Parku Fontann zafundowali nam niesamowity doping. Niezwykle przyjemny, i niezwykle pomocny zwłaszcza w takich warunkach. Coś wspaniałego.

Powód 4. (i najważniejszy) Niezwykła okazja
To chyba najtrudniejszy akapit. Nie cichną przecież dyskusje dotyczące Powstania. Unikam oceny. Raz, że – w odróżnieniu od wielu internautów nie uprawiam sztuki „nie znam się, to się wypowiem”. A dwa, że chyba nie chodzi tu o uznanie słuszności wybuchu Powstania. Raczej o pokłon tym, którzy walczyli i ginęli. Zrozumienie, że walczyli o normalność, której dziś mamy pełne garście, więc jej nie dostrzegamy. Nawet o to żebym dzisiaj mogła sobie o której chcę i tam gdzie chcę pobiegać, bo MI SIĘ TAK PODOBA. Bo jestem wolną osobą w wolnym kraju.
Powstanie było obecne w czasie biegu w różny sposób. Była muzyka (znakomity Sabatonpotem piosenki „z epoki), było wspólne odśpiewanie Roty, były inscenizacje grup rekonstrukcyjnych, dźwięki ostrzału, co najważniejsze – byli kombatanci, uczestnicy tamtych wydarzeń. Wszystko to w naturalny sposób skłaniało do refleksji. Czyniło ten czas wyjątkowym. Wzruszało.
Przyznam, że nie widziałam do tej pory sensu w imprezach biegowych ku czci. Teraz rozumiem. Za rok powtórka. A póki co wielkie dzięki dla organizatorów, kibiców i współbiegaczy. A największe dla tych, którzy przeżyli te dni i machali nam na linii startu. Chylę czoła.
 

 
Ten weekend nie należał do biegowo udanych. W piątek miałam jednodniowy urlop. Chciałam wykorzystać go na zrealizowanie niedzielnego planu, czyli 32 km. Niestety rano nie czułam się najlepiej. Postanowiłam więc postawić na rower. I znów zonk. Wiatr był tak silny, ze jazda okazała się prawie niemożliwa. Skończyło się na kawie z mamą. Czyli nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Po południu kolejne podejście i zmiana planów. Tym razem postanowiłam zrobić taki ciąg ćwiczeń – rower, bieg, siłka. Rowerem pojeździłam około 1,5 godziny. Wiatr zelżał, było fantastycznie. Za to bieg, jakaś porażka. Problemy z kolką sprawiły, że 4 kilometry, które przebiegłam były mniej przyjemne, niż jakikolwiek trening od dawna. I wreszcie godzinka ćwiczeń rozciągających i siłowych – tu już OK.
Kolejny dzień kręcił się wokół wesela kuzyna. Rano jakieś zabiegi SPA, wieczorem impreza. Jedyna dawka ruchu to tańce. Niestety , bo…
…w niedzielę rano obudziłam się z bólem niemiłosiernie naciągniętej łydki. Konkretnie w walce z parkietem poległy mięśnie strzałkowe. A przede mną teoretycznie 32 km, lub 3 godziny biegu. Fantastycznie. Próbowałam masażu, rozchodzenia, rozgrzania. Nic. Sięgnęłam więc po ostatnie koło ratunkowe, czyli telefon (a raczej SMS bo to niedziela rano) do „trenera”. Kolega jak zawsze okazał się niezawodny i po chwili przyszła odpowiedź, którą streszczę jako: „nie biegamy, rozciągamy się”. Zrobiłam więc ćwiczenia rozciągające i jak statystyczna Polka rozłożyłam się przed TV na resztę dnia.
Oczywiście byłam za to (oraz za tony jedzenia na weselu) wściekła na siebie już następnego dnia. Waga skoczyła o kilogram, a ja znów powróciłam do jakże lubianej postaci ludzika Michelin. Ograniczyłam więc jedzenie i przyrzekłam sobie poprawę.
Poprawa, przynajmniej jeśli chodzi o biegi, nadeszła we wtorek.
Plan zakładał 8 km w tym 6x1000 m z prędkością 5:12. Zrobiłam 8 km w tym 5x1000 z prędkością od 4:40 do 55 (w zależności od tego, czy biegłam w słońcu, czy w cieniu). Upał był niemiłosierny, więc zrezygnowałam z ostatniego tysiąca, zamieniając go na kilka setek już koło domu. Ale i tak trening uważam za mega udany. 4:40 na km to prędkość do tej pory dla mnie praktycznie niedostępna. Ciekawe ile w tym zasługi butów. No właśnie, Brooksy już całkowicie się ułożyły i dziś dziwię się jak mogłam choćby pisnąć, że mi się coś w nich nie podoba.
Na koniec jeszcze siłka (choć po rozmowie z „trenerem” wiem już, że powinna być przed). I zasłużona kąpiel, w trakcie której jeszcze raz porządnie rozmasowałam łydkę. Ufff mikrokontuzja pokonana! Idziemy dalej z planem ☺
Ps. A już w sobotę kolejny sprawdzian moich sił. 10 km podczas biegu Powstania Warszawskiego. O samej imprezie napiszę więcej już wkrótce. Póki co powinno wystarczyć zdjęcie w pamiątkowej koszulce. ☺
 

 
Moja wczorajsza trasa wiodła przez Bielany. Zimą było tam paskudnie. Teraz, latem, widzę jak ładna to dzielnica. I jak pełna zieleni.Bardzo sympatycznie się biegało. Co ciekawe, tej przyjemności nie psuły już nowe buty. Uznałam je za ostatecznie uklepane. Dlatego też dziś to właśnie one towarzyszyły mi w treningu tempowym. Efekt? 28 min/5 km. Całkiem nieźle jak na trening. A jeśli już jesteśmy przy bielańskich klimatach to taki wynik oznacza pobity mój styczniowy rekord z VII Biegu o Puchar Bielan. I to bez "napinania się".
Ogółem przez ostatnie dwa dni zrobiłam 2 x 7 km. Raz w tempie easy, raz w szybkim. Oba biegi przyjemne. Czas na piątkowe 32 km. Tu już tak łatwo nie będzie.
 

 
To był wyjątkowo aktywny weekend. Wszystko zaczęło się w sobotę o 5:30 rano. Banan, lekka rozgrzewka i siup w samochód. Mąż podwiózł mnie w okolice ul. Anielewicza, czyli praktycznie do centrum Wawy. Stamtąd musiałam wrócić do domu. Plan treningowy zakładał 29 km lub 3 godziny. Niestety moja forma pozwoliła mi tylko na tę drugą opcję. W ramach trzech godzin łącznie przebiegłam 28 km. Czyli najdłuższy, jak dotąd dystans jaki udało mi się przetruchtać (bo, umówmy się, bieg to jest z prędkością taką, jaką mogę osiągać tylko na dystansach +/-5 km). Niesamowicie męczący trening. I pod koniec zwyczajnie nudnawy. Motywowało mnie jednak przekonanie, że po czymś takim, byle półmaraton nie zrobi już na mnie wrażenia.
Dziwne są odczucia w czasie takiego biegu. Najpierw można prowadzić wewnętrzną konwersację, coś planować, coś sobie wyobrażać, coś kreować. Potem wpada się w rodzaj transu. Wyraźnie czuć, że organizm próbuje oszczędzać kalorie na czym się da – a da się np. na myśleniu. W efekcie nie wiem czy po 20 kilometrze dodałabym dwa do dwóch. Po prostu biegłam słuchając muzyki. Jedyne do czego zdolny jest umysł to podsuwać pokusy „Wsiądź w ten autobus, co? Chociaż ze dwa przystanki.”, „A może chwilę się przejdziemy, co?”. Na szczęście starczyło mi sił, żeby oprzeć się tym podszeptom. Wygrał argument: „Laska, masz za sobą kilkanaście/dwadzieścia kilka kilometrów. Chcesz się wycofać będąc tak daleko? Proszę bardzo. Ale jutro zrobisz ten trening od nowa. Od zera.”
Kolejne ciekawe spostrzeżenia dotyczą głodu. Atakuje nagle i psuje przyjemność biegu. Pomógł sok pomarańczowy.
I jeszcze miła rzecz – kolarze. Celowo nie piszę rowerzyści bo dla mnie te kategorie dzieli wiele. Kolarz to człowiek sportu – nie jedzie z punktu A do B ale trenuje w określony sposób, z określoną prędkością, na określonym dystansie. Rowerzysta po prostu jedzie – do pracy, na zakupy, do znajomych. Też fajnie, ale największy szacun mam jednak dla kolarzy. I wydaje się, że oni też w pewien sposób szanują biegaczy. Zawsze – nawet jadąc z niesamowitą prędkością, wysilą się, żeby podnieść rękę w geście pozdrowienia, albo przybić piątkę. Takie właśnie przybicie przytrafiło mi się na ostatnich kilometrach biegu w sobotę. Miły akcent na tak trudnym odcinku.
Kiedy doczłapałam do domu, od razu weszłam na wagę – dwa kilo przeminęło z wiatrem, a to sporo. Za sporo. Wypiłam więc od razu pół litra izotonika i chwilę postałam pod prysznicem. Było koło 100.
Weekend jest jednak krótki więc rzuciłam się w wir zajęć. Postanowiłam, że odpocznę sobie jeszcze wieczorem, szkoda dnia. Godzinę po zakończeniu treningu byłam już w pobliskim Legionowie gdzie na buszowaniu po lumpexach minęła mi kolejna godzina. Po powrocie sprzątanie domu (znów dwie godziny na nogach) i wreszcie usiadłam… na siodełku rowerowym. Godzina jazdy po pobliskim lesie to jest to co tygrysy lubią (prawie) najbardziej, zwłaszcza kiedy, w międzyczasie, spadnie ciepły deszcz i wszystko dookoła wspaniale i świeżo pachnie.
I wreszcie, około 160-170 miałam czas, żeby odpocząć biernie. Całkowicie biernie.
W niedzielę z kolei 26 km na rowerze i zaledwie 6 biegiem. Ze względu na tak krótki trening biegowy, mogłam kolejny raz przetestować nowe buty. Coraz lepiej! Lekki ból kostek minął po pierwszych kilometrach i została już tylko przyjemność biegu. Będą z tych butów ludzie. ☺
Nie jest to jednak obuwie startowe. W nim się nie pofrunie. Przemyślałam jednak sprawę już podczas zakupu – nie chcę typowych startówek, z tego samego powodu, dla którego nie kupię butów z kolcami na bieżnię – nie zależy mi na urywaniu sekund, nie biegam w taki sposób. Zależy mi za to na wygodnych i przyjemnych długich wybieganiach w tempie konwersacyjnym. I z myślą o tym szukałam butów solidnych, stabilnych i amortyzujących.
Ale wróćmy do niedzielnego treningu. Tyle, że nie ma tu już za bardzo do czego wracać. Po seansie rowerowo-biegowym, w domu zrobiłam jeszcze tylko ćwiczenia siłowe (45 min.). Niby nic wielkiego, ale fajnie zamknęły i uzupełniły trening.
A potem się zaczęło. Niestety był grill i mocno przesadziłam z chlebem i mięsem. Poprawiłam to piwem i lodami. W efekcie zepsułam chyba cały efekt treningu, jeśli chodzi o spalanie kcal. To kolejny weekend i jestem na siebie kolejny raz wściekła za takie obżarstwo. Najgorsze, że jak zacznę jeść to nie umiem skończyć aż do bólu brzucha i jeszcze trochę… Nie wiem co z tym zrobić! I tak co weekend. W efekcie waga stoi w miejscu a powinna lecieć na łeb, na szyję przy tak intensywnych ćwiczeniach. Ech…

Ps. Pisałam o kolarzach, a tu akurat prasę obiegły informacje o tym, że na trasie Tour de France w sportowców rzucano flarami (dostał lider wyścigu), na szosie układano gwoździe. Nie rozumiem ludzi, poważnie. Można nienawidzić rasistów, terrorystów, pseudokibiców, ale sportowców??? Dziwię się tak samo, kiedy czytam w internecie komentarze dotyczące kolejnych biegów w Wawie. Poziom jadu w tych wypowiedziach przechodzi wszelkie wyobrażenia. A skąd ta nienawiść? W przypadku biegów, najczęściej argument jest taki: „bo zamykają mi drogę do sklepu”. A to przecież najważniejsze – kupić, zjeść, poleżeć i „popatrzyć w telewizor”. Ręce opadają.
 

 
Dostałam dwa. Oba świetne i oba biegowe.
Rodzice zafundowali mi http://www.brooksrunning.com/Brooks-Glycerin-9-Womens-Running-Shoe/120091,default,pd.html Trudno mi o nich cos powiedzieć po zaledwie 12 kilometrach. Póki co się docierają, co niestety czuję w kostkach, łydkach i kolanach. Zostały dobrane pod okiem profesjonalistów, są świetnie wykonane i naszpikowane nowoczesnymi technologiami więc nie zrażam się tymi pierwszymi niewygodami.Poświęcę tym butom we właściwym czasie osobny rozdział.
Drugi prezent to pulsometr http://www.sigmasport.com/en/produkte/pulscomputer/topline/pc_9/?flash=1 Przy obecnym treningu (rozpisane tempo/km) nie jest mi jeszcze potrzebny, ale po maratonie spróbuję już wykorzystywać go na co dzień. Do tej pory sporadycznie posprawdzam sobie tętno choćby dla przyzwyczajenia się do pomiarów. Urządzenie również solidne i trzeba przyznać że bardzo ładne. Zresztą i buty, i pulsometr mam w wersjach "kobiecych" - kwiatki i pastele, wiecie jak jest. Tylko głupio tak iść na trening gdzie krew, pot i łzy i ogólnie "DIS IS SPARTA", cała w pastelach i kwiatkach... Ale ojtam, ojtam
 

 
Wczoraj biegając po Żoliborzu czułam się trochę jak w grze typu poziomówka. Prosto, prosto. Nagle koniec chodnika – wszystko rozkopane, trzeba ulicą (wąsko, tłoczno, niebezpiecznie) albo myk na drugą stronę. Powrót do najbliższych pasów. Znów kilka metrów prosto. Chodnik jak zęby jakiegoś przedpotopowego zwierza – wyszczerbione, z ubytkami, nierówne i straszne. Jest kostka! Jakieś 20 metrów a potem nic, chodnik kończy się nagle, zostaje ulica. W tle majaczy coś a'la trotuar więc biegnę w tę stronę. Nagle wokół mnie same trzypasmówki. Pętle, wiadukty, szybki ruch, barierki, bez przejść dla pieszych. Szukam – może uda się podziemiem. Cofam się do stacji metra (2 x schody) potem znów kilkadziesiąt metrów i szukam drogi. Jest! Znów w dół pod wiadukt. Okropny klimat – zasikane chodniki, zamenelone krzaki – ale to jedyne przejście dla pieszych… Wbiegam ostatecznie na Marymoncką. Chodnik nadal koślawy, ale jest - co za ulga.


Brak przejść. Brak chodników. Utrudnienia. Trasa pijanego zająca. Beznadziejny trening. Beznadziejne miasto, które całą swoją infrastrukturę najwyraźniej opiera na ruchu kołowym. Konkretniej czterokołowym.
Ja miałam superwytrzymałe buty. Jestem młoda i sprawna. Nie wyobrażam sobie siebie za 50 lat na podobnej trasie. Nie wyobrażam sobie siebie z wózkiem dziecięcym, albo w wózku inwalidzkim.
Więc może mniej mobilnym zostaje prowincja? Nic z tych rzeczy.
Pod miastem z kolei normą są wąskie pobocza albo jezdnia bezpośrednio niemal przylegająca do głębokiego rowu. Piesi mają często jedną opcję – iść szosą i modlić się o dobry refleks kierowców.
Jaki jest powód takiego stanu? Może ci, którzy o tym decydują sami nie poruszają się nigdy piechotą? Chcieliby mieć świat poprzecinany drogami, sklepy w systemie McDrive i dojazd bezpośrednio pod kanapę na której, przed telewizorem, przeleżą wolną część dnia? A jeśli tak nie żyją, to dlaczego robią wszystko by dla wielu osób transport samochodowy był jedynym dostępnym lub jedynym w miarę bezpiecznym?
Chyba, że zapatrzyli się na jedną z wysp Nonsensu z Tytusa, Romka i Atomka. Była taka w XIII księdze. Wszyscy poruszali się samochodami. I wyłącznie nimi. To był koszmar.

ps. Nike pokazał nową reklamę Lunarówiframe width="408" height="230" src="http://www.youtube.com/embed/SjpYA95oxyA" frameborder="0" allowfullscreen>Może nasze miasta inspirują się po prostu tym samym co twórcy filmów - grą pełną przeszkód
 

 
Nie chce mi się ostatnio ogarniać bloga. Nie mam siły wpisywać nic na fejsie. Intelektualnie zamieram, gdy termometr w cieniu pokazuje powyżej 30 stopni Celsjusza. Czasem grubo powyżej.
A mimo to nie zaniedbałam ani jednego treningu. Nie olałam biegania "bo gorąco". Staram się też dodatkowo jeździć na rowerze i robić ćwiczenia siłowe, że o rozciąganiu nie wspomnę. Nie jest łatwo. Bywa nieprzyjemnie. Ale warto, mimo wszystko.
 

 
Wynik z Legionowa 5 km 28:47, teraz teoretycznie (bo trasa nieatestowana)25:48:34, czyli poprawa jest.

W drugą stronę niestety nie dałam już rady tak szybko - wyszło około 33 minut. Liczę to więc jako zwykły bieg a nie test, chociaż i tak łączny wynik był lepszy niż w Zoo, ale wtedy byłam w wyjątkowo kiepskiej formie.

Tak btw zaczynają się upały, których po prostu nie znoszę. Ale trudno, zachciało się maratonu to trzeba zasuwać.
 

 
Dziś ponad 8 kilometrów, w tym cztery szybkie "tysiączki". Pod wiatr 5:30, z wiatrem 5:20. Potem ćwiczenia - rozciąganie i siłka. A na koniec jeszcze ganianie za kotami po całym ogrodzie. Bardzo przyjemnie męczące popołudnie.
  • awatar Gość: What type of camera is that? That is definitely a really good superior quality. my website - http://journal-cinema.org/
  • awatar Gość: Simply internet checking things out ... enjoy the pictures! I attempt to know by looking at various other photos, also. my website - http://onlinesmpt200.com
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Zjedzenie większej ilości węgli w piątek zaowocowało wyrzutami sumienia, ale także (na szczęście) wyjątkową dawką energii w sobotę. W efekcie dałam radę przebiec 23 kilometry na jednym bananie, bez dodatkowego śniadania. Potem szybki prysznic i długi spacer. Wytrzymałość na medal.
I to nie jeden. Kolejny należy mi się bowiem za rowerową niedzielę. Prawie 90 kilometrów na rowerach i praktycznie cały dzień w ruchu.
Przy okazji tego aktywnego weekendu zwiedziłam Żelazową Wolę i Czersk. Warto było.
 

 
Atak obżarstwa aż po ból brzucha i tysiące kcal na koncie. Plus rosnąca pogarda dla własnej słabej woli. Dramat!
 

 
...zostało do maratonu. Forma w normie. Ale czy dam radę? No, zobaczymy. Gdzieś, chyba u Skarżyńskiego, wyczytałam, że sam maraton jest niezdrowy, ale przygotowania do niego to dla organizmu prawdziwy prezent. Przygotowuję się więc
 

 
No i mamy lato. Po nocnych burzach i całym dniu deszczu wyjrzało słońce i od razu nadrobiło zaległości. Efekt: sauna. I w tej saunie musiałam przebiec 7 km w tempie szybszym niż startowe. Ostatecznie zamiar się powiódł, ale miłe to nie było. Wcześniej zrobiłam jeszcze porcję ćwiczeń siłowych na rozruszanie, więc trening był dziś solidny. Ale czuję się zmęczona jakbym miała nie jeden a kilka solidnych treningów. I znów zbiera się na burzę...
ps. Nie wiem czy szyldy są jak grzyby ale troche nowych wyrosło przy drodze po ostatnich deszczach. Ktoś np oszpecił kawał ładnego widoku wielkim bannerem w którego lewym górnym rogu, krzywo i małymi literami napisał KWAS STALOODPORNA. Poza tym drogę przez trzy wsie umiliły mi Szamba szczelne, Palety skup/sprzedaż, Autonaprawa, Meble drewniane i wiele innych radosnych płacht, blach i malunków naściennych. Niekończący się estetyczny wyrzyg.
 

 
Zauważyłam dziwną prawidłowość: wszyscy biegacze, którzy jak dotąd nie odmachali mi na trasie, nie odpowiedzieli na uśmiech a wręcz odwracali głowę w stylu "nie widzę cię, więc mnie nie widać" byli płci żeńskiej. Spora część pań biegła z miną "patrzcie jak cierpię i się poświęcam", inne smutno galopowały za swoimi rozentuzjazmowanymi partnerami z wyrazem znudzenia na twarzy.
Cały czas wierzę, że po prostu mam pecha. Na pewno jest masa dziewczyn, które biegają czerpiąc z tego radość i ją okazując. Wypatruję ich na swoich ścieżkach. I wiem, że gdzieś tam są.
A do pozostałych, cierpiących matek polek skazanych chyba wyrokiem sądu na bieganie mam ochotę krzyczeć: "Dziewczyny, ogarnijcie się. Bieganie to nie wasz kolejny obowiązek, to ucieczka od obowiązków. To nie kolejny problem, to ucieczka od problemów. I wreszcie to nie wasza kara, to raczej prezent od was dla was samych. Indżoj "
ps. A u mnie hardkorowy weekend z long runem 19 km. Mocno przygrzało więc było ciężko. Niestety oblewanie porażki naszych na Ojro i nieustający festiwal truskawek sprawiły, że cały ten wysiłek nie przełożył się na spadek wagi. A przydało by się co najmniej 5 kilosów zrzucić do maratonu. Jeśli nie 10... Teraz będzie łatwiej. Nasi już pożegnali się z mistrzostwami, nie ma za kogo pić, a i truskawki się kończą
  • awatar 1044: @.Pinky i super. Tak właśnie myślałam, że takie biegaczki są, tylko nie na moich ścieżkach najwyraźniej...
  • awatar .Pinky: a ja tam zawsze jak biegam, to z wyszczerzem na twarzy xD i ludzie się na mnie patrzą, jak na głupią, bo to takie strasznieee dziwne, jak się ktoś uśmiecha do kogoś, kogo mija O.o I łał, 19km w taki upał... to tylko pogratulować ; )
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Dokładnie w tę stronę podaną w tytule zmierza moja forma. Nadal czuję się jak ludzik Michelin i byłam pełna najgorszych obaw odnośnie mojego dzisiejszego treningu tempowego. Pierwszy kilometr utwierdził mnie w przekonaniu, że to nie jest Mój Dzień. Moje ruchy były totalnie nieskoordynowane, nogi jakby jakieś obce i nieposłuszne, oddech nierytmiczny. Na drugim i trecim kilometrze do kompletu doszła lekka kolka (zauważyłam że zawsze towarzyszy mi właśnie w stanie "jestę ludzikię miszlę" - nie wazne, co jem ani jak się rozgrzeję). Stwierdziłam więc, że chrzanię to, zmniejszę pętlę a tempówkę zrobię w sobotę bo co w końcu kurczę blade. Mimo tego wewnętrznego marudzenia biegłam dalej i to szybko, choć stylistycznie przypominałam zapewne tę dziewczynkę na zdjęciu poniżej. Tylko spoconą. Czwarty i piąty kilometr dodatkowo umilał mi wiatr w twarz i towarzystwo śmigających tirów. Cały czas jednak nie było gdzie odbić, żeby zmniejszyć pętlę. I jak się okazało - bardzo dobrze. Nagle dostałam bowiem skrzydeł i jeszcze przyspieszyłam. Tym bardziej, że zegarek uparcie pokazywał znakomite tempo, dokładnie takie, jakie zakładałam. Ostatnie trzy kilometry to juz była czysta przyjemność. Efekt - 8 km, zakładane tempo 6:25/30 osiągnięte tempo 6:15. Oklasky. Dodatkowo na trening dojachałam rowerem, co dało mi jeszcze 24 km jazdy. Ale lajtowej więc się nie liczy.